sobota, 22 marca 2014

Czy to się leczy?

Było to tak: prognozy pogody mówiły, że będzie piękny, słoneczny, wiosenny, weekend. Więc pomyślałam: super, nie mam żadnej rozpoczętej robótki, pojadę do rodziców, odpocznę od dziergania, pooddycham świeżym powietrzem i nacieszę się słońcem. I tak było. 
Ale koło południa zaczęło czegoś brakować.
Bo jak to tak... ręce puste... i ta świadomość, że nic nie jest nawleczone na druty...
Taki głód...
W końcu zaczęłam przekopywać zapasy włóczkowe:)
Wiedziałam, że nie znajdę ilości, która wystarczyłaby mi na cały sweterek (nie mam zwyczaju kupować włóczek na zapas, a zapasy zgromadzone to tak naprawdę różne resztki włóczek. Sporo ich jest, ale w niewielkich ilościach). Ale pokombinowałam i znalazłam niteczki, których powinno wystarczyć na wiosenną bluzeczkę:)
  Włóczkę nawlokłam na druty i zaczęłam przewlekać oczka.
Od razu mi lepiej:)
I tak oto, w tą piękną wiosenną sobotę utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak jestem uzależniona.
I nie zamierzam się leczyć:D

5 komentarzy:

  1. Witam w gronie:) zawartość koszyczka obiecująca, jeżeli stopień uzależnienia podobny jak do mojego, to zapewne niedługo możemy spodziewać się prezentacji sweterka. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha..... :) witamy w gronie drutoholików ;) tylko uważaj, bo to zaraźliwe..... ja tak swoją koleżankę zaraziłam, i teraz jej mąż narzeka, że tylko między włóczkami siedzi ;P

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma się czym przejmować, bez tego uzależnienia nie byłoby cudnych prac! Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  4. Można leczyć, ale szkoda czasu i kasy, lepiej nowe moteczki kupić :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj też tak mam :-) Jak widzę, jestem w świetnym towarzystwie :-) i również leczenie nie wchodzi w rachubę.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń